Błaszczyk: W bramce szalony, w domu – odpowiedzialny (2/2)

To był rok Łukasza Błaszczyka w futsalu. Doświadczony bramkarz Red Dragons Pniewy, zdobył z klubem spod Poznania sensacyjnie Puchar Polski, a z kadrą po zwycięstwie 8 do 5 nad Czechami w Opolu kwalifikację na futsalowej Euro2022. Łukasz jest jednak nie tylko bramkarzem, ale i trenerem bramkarzy w futsalowej kadrze kobiet i kadrze chłopaków do lat 19. Jest też… nauczycielem wychowania fizycznego i tatą dwóch córek. My pogadaliśmy nie tylko o futsalu, ale i o szaleństwie, odpowiedzialności, relacjach i… słuchaniu dzieci.

Rozmawia: Michał Bondyra

Powiedziałeś mi, że żeby być bramkarzem trzeba być trochę szalonym.

–Trzeba być szalonym, bo w futsalu ta piłka lata bardzo szybko. Potrafi być uderzona z bardzo dużą prędkością i z bardzo bliskiej odległości. Czasami porównuję tę sytuację do piłki ręcznej. Tyle, że w szczypiorniaku nie można trafić bramkarza w głowę, bo grozi za to kartka. W futsalu tak już dobrze nie ma. Jesteśmy jako bramkarze niemiłosiernie obijani, niejednokrotnie trafiani w każdą część ciała. I żeby przyjąć kilkukrotnie takie uderzenie w czasie meczu, albo kilkaset razy na treningu, to trzeba mieć szczyptę szaleństwa w sobie.

Szaleństwa i odwagi.

– Odwagi chyba też. Trzeba przede wszystkim przyjąć założenie, że każda piłka przez ciebie odbita, to piłka obroniona. Musisz dać się trafić, żeby potem finalnie osiągnąć sukces w postaci wygranego meczu lub niestraconej bramki.

Tego szaleństwa trzeba się wyzbyć, gdy uczysz innych. Co jest trudniejsze uczyć bramkarskiego fachu futsalistów czy uczyć nastolatki w podstawówce wychowania fizycznego?

– Zdecydowanie trudniej uczy się nastolatki. Mamy takie czasy, że musimy szukać bardzo wielu sposobów, żeby dotrzeć do ucznia. Kiedyś ucząc mówiło się do klasy, teraz musisz mówić do każdego ucznia osobno. To jest ta zasadnicza zmiana w edukacji, która dokonała się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Gdy ja się uczyłem jednostka nie była priorytetem, ważniejszy był ogół. Kiedyś to jednostki musiały równać do większości, teraz zwraca się uwagę, żeby każda osoba znalazła swoje miejsce w edukacji, w tej małej społeczności jaką jest klasa czy szkoła.

A odpowiedzialność gdzie jest większa?

– Zarówno w sporcie zawodowym, jak i na lekcji wychowania fizycznego ważna jest rola trenera, trenera-nauczyciela. W każdym przypadku jest nieco inaczej. Jako trener bramkarzy czy bramkarek w reprezentacji czuję tę odpowiedzialność większą, bo wiem, że muszę zrobić wszystko, żeby zawodniczki czy zawodnicy jak najlepiej wypadli. Oni mają swoje ambicje i chcą być jak najlepsi. Potem ich porażki są też trochę moimi porażkami, a ich sukcesy, to też troszkę moje sukcesy. Dlatego czuję się za nich mocno odpowiedzialny i przeżywam mecze razem z nimi.

A jak to jest z uczniami?

– Ostatnio widziałem taki mem, na którym było dwóch synów Arnolda Schwarzeneggera. Po lewej był jeden, który niestety wychowuje się tylko z ojcem, a po prawej drugi, którego wychowuje matka. Jeden z ojcem na rowerze, bardzo muskularny, wysportowany, a drugi z wyraźną nadwagą na zdjęciu z mamą. Obaj są przecież owocami tego samego małżeństwa. Ten obrazek pokazuje, jak ważna jest rola rodzica czy nauczyciela. To on wytycza drogę tej młodej osobie, zachęca by nią poszedł. Ale o tej drodze trzeba dobrze opowiedzieć. Mem z synami Schwarzeneggera to dobry przykład, jak myślą o życiu oboje rodzice, co dla nich jest ważne. To są dwie różne drogi jeśli chodzi o nawyki żywieniowe, o sport, o rekreacje…

Te ostatnie to twoja specjalność.

– Tak. Staram się moim uczniom wyrabiać zdrowe nawyki. Nie chcę, by byli mistrzami świata, bo to sprawa indywidualna, a poza tym zależna od wielu czynników. Chcę jednak, żeby wiedzieli, że ta rekreacja ruchowa, wysiłek fizyczny, dbanie o zdrowie, to potem nieodzowny element ich funkcjonowania, ich przyszłości. Teraz mają to ode mnie za darmo, w przyszłości będą musieli płacić, żeby ktoś im o tym powiedział. Dlatego tak bardzo zależy mi, żeby teraz czerpali z tego, co im pokazuję jak najwięcej.

Odpowiedzialność to cecha, którą masz jako tata dwóch córek.

– W mojej rodzinie, prócz dwóch córek jest moja żona. To ona dzierży ze mną tę rolę wychowawczą. Podzieliliśmy się trochę rodzicielskimi obowiązkami. Żona dba o to, żeby dzieciaki miały jak najlepsze warunki do codziennego funkcjonowania, dba o ich edukację, nawyki higieniczne, a ja staram się brać aktywny udział w ich życiu w roli sportowej, rekreacyjnej, ponieważ najlepiej się w tym odnajduję. Dlatego bardzo wiele uwagi zwracam na aktywną zabawę z dziećmi, w której wykonujemy ruchy motoryczne. Wierzę, że to pozwoli na to, że w przyszłości dziewczynki będą sprawniejsze.

Na czym polegają te aktywności?

– To są proste rzeczy. Zamiast jechać do przedszkola samochodem, jedziemy rowerami. Gdy idziemy na spacer do lasu, po nogach drepcze nie tylko starsza córka, ale i młodsza. Za każdym razem gdzie się da wprowadzamy z żoną małą aktywność, która nie będzie zauważalna przez córki, które nawet traktują ją jako zabawę, a która wyrabia w nich nawyki sportowe. Bo trzeba mieć świadomość, że samo wyjście na rower, spacer rodziców z dziećmi jest już dla nich formą aktywności. Tylko do tego trzeba samemu wyłączyć telewizor, komputer, tablet. Mimo zmęczenia ruszyć się i spędzić aktywnie czas z dziećmi.

Rodzice są zmęczeni, mówią, że nie mają czasu.

– I to jest prawda. Sam jestem niesamowicie zabieganym człowiekiem. Mam bardzo dużo pracy rano i wieczorem, bardzo często wieczorami nie ma mnie w domu. Ale można się tymi obowiązkami podzielić. U nas tak się dzieje. Moja żona wieczorami kąpie córki, usypia je. Przejmuję te obowiązki tylko wtedy, gdy jestem w domu. Moją nieobecność związaną z meczami, treningami, zgrupowaniami kadry staram się jednak nadrabiać jak tylko mogę. Jestem to czytam bajkę, idziemy wspólnie na rower, rolki, hulajnogę. Myślę, że w tym wszystkim kluczem jest to, żeby nie odkładać wspólnych aktywności na potem. Jest potrzeba, jesteś, to zrób coś z dzieckiem tu i teraz.

Z tego co mówisz, dbasz nie tylko o sprawność fizyczną córek, ale i duchową. Przez tą aktywność wzmacniają się też przecież wasze relacje.

– Mam taką nadzieję! Zastanawiam się czasem czy jak córka będzie nastolatką, będzie ze mną rozmawiała o swoich problemach? Czy będzie chciała zasięgnąć mojej rady? Teraz żywo opowiada mi o tym, co się u niej dzieje w przedszkolu czy na podwórku. Mówi sama, nie muszę z niej tego wyciągać. Często tylko przytakuję. Obserwuję, jaką ma potrzebę rozmowy, wyrzucenia z siebie swoich emocji, tego co przeżywa. A ja słucham. Oczywiście kiedy pyta staram się odpowiadać. Dziecko, które dzieli się swoimi emocjami jest szczęśliwe, ja też, bo przez to, że jestem, słucham, mogę zrobić dla niego coś pożytecznego. Czas pokaże czy te nasze relacje ze starszą córką przetrwają, gdy będzie nastolatką. Mam nadzieję, że tak. Wiem też, że dzięki tym naszym rozmowom mam większe doświadczenie jak wychować młodszą córkę.

Dotknąłeś bardzo ważnego tematu: żebyśmy jako rodzice, ojcowie nauczyli się słuchać naszych dzieci, a nie tylko zarzucać ich pytaniami lub monologami, swoimi mądrościami.

– Kilka lat temu czytałem książkę o tym, jak się nauczyć słuchać dzieci. Nie pamiętam tytułu, ale warto poszperać w sieci. Takie zadanie domowe dla tych co czytają naszą rozmowę.

Tam były świetne przykłady tego, jakie techniki stosować, żeby dziecko się otwierało przed nami, żeby chciało do nas mówić, spędzać z nami czas. Jeśli dziecko nie czuje tego, że ma w nas odbiorcę, to raz powie, drugi, ale za trzecim da sobie spokój.

I utracimy coś w naszej relacji z dzieckiem bezpowrotnie.

– Tak. Powiem tobie, że staram się też słuchać dzieci w szkole. Mam wrażenie, że tam jako nauczyciele wychowania fizycznego jestem trochę takimi psychologiem, kiedy dzieci przychodzą do mnie na przerwie i zaczynają opowiadać. Nauczyłem się już dawno tego, że gdy dziecko podchodzi i chce się czymś z tobą podzielić, to nigdy nie można go zbyć. Jeśli dziecko samo przyszło, to znaczy, że ma wielką potrzebę podzielenia się tym, co mu w duszy gra…

ma też do Ciebie zaufanie.

– Takie rozmowy to zaufanie budują. Mam takich swoich „wielbicieli”, którzy bardzo często przychodzą do mnie pogadać. Nie dociekam czy lubią pogadać czy po prostu nie mają takiej możliwości w domu. Jeśli chcą proszę bardzo. Nie tylko dla nich, ale i dla mnie jest to bardzo cenne.

W drugiej części rozmowy z Łukaszem Błaszczykiem będzie o domowych torach przeszkód, żonie, która jest jego największym wsparciem, tęsknocie za córeczkami, gdy wyjeżdża na zgrupowania, no i książkach, które pochłania. Przeczytajcie koniecznie!