Piotr Tworek – trener Warty Poznań to osoba niezwykła. Z drużyny piłkarskiej potrafił zbudować rodzinę, a sam przyznaje, że jest nie tylko szkoleniowcem, ale i kiedy trzeba psychologiem, ojcem, do którego zawodnicy mogą przyjść z każdym problemem. Nigdy nie zakłada maski, a siłę do ciężkiej codziennej pracy czerpie z rodziny i wiary w Boga.
Rozmawia: Michał Bondyra
Jakim trzeba być trenerem, żeby dotrzeć do grupy tak różnych przecież zawodników?
– Jestem strasznie wymagający. Dążę do realizacji marzeń. Aby coś osiągnąć nie tylko w sporcie, ale i w życiu, trzeba postawić sobie jakiś cel. Cel, do którego się dąży wszystkimi dostępnymi drogami, ale takimi, które są zgodne z własnym sumieniem, kodeksem postępowania, który u mnie wykształcili rodzice. Wymagam dużo od siebie, ale i od współpracowników, zawodników. Zawsze tłumaczę im, dlaczego to robię. Bo trener to czasami wychowawca, a czasem dobry, starszy kolega, służący radą.
Żeby dotrzeć do zawodników, trzeba być osobą prawdziwą, taką jak w życiu codziennym. Największą moją wadą byłoby, gdybym udawał kogoś, kim na co dzień nie jestem. Gdybym był inną osobą w szatni i poza nią, inną na meczu i poza nim. Gdybym wykonywał teatralne gesty. A teraz wielu młodych trenerów naśladuje w zachowaniu tuzy szkoleniowe z ligi angielskiej, hiszpańskiej czy niemieckiej. Niepotrzebnie, bo piłkarze to grupa ludzi, którzy od razu wyczują, gdy ktoś jest sztuczny, nieszczery.
Z piłkarzami jest trochę jak z dziećmi, przed nimi też nie da się udawać.
– To prawda. Piłkarze na tym punkcie są wyczuleni. Poza tym trener musi posiadać szeroki wachlarz argumentów, żeby być przygotowanym na różnego typu rozmowy z zawodnikiem. Bo piłkarz nie lubi, jak się go traktuje z przymrużeniem oka, albo gdy się go ignoruje. Piłkarze to ludzie często bardzo młodzi, dla których do rangi poważnej sprawy urasta często coś, co dla trenera z bogatym bagażem doświadczeń jest czymś prozaicznym. Wtedy jednak też trzeba umieć porozmawiać, poświęcić czas poza treningiem. Trzeba umieć wczuć się w rolę zawodnika, który często przeżywa duży stres przed meczem. Trzeba jako trener umieć się też przyznać do błędu. Taka postawa powoduje, że w oczach podopiecznych jest się normalnym facetem, który może mieć też swoje słabsze momenty. Ale czasem dla tych chłopaków muszę być jak surowy ojciec. Piłkarze cenią sobie jasne reguły, w które muszą się wpasować. Tak jak w domu.
Wszystkie cechy, które Pan wymienił, a więc znalezienie czasu na rozmowę, wysłuchanie, pokazanie i trzymanie się reguł, przyznanie do błędów to cechy… ojca.
– Zdecydowanie tak, więc może dlatego udało się nam w Warcie stworzyć taką rodzinną atmosferę? Co wcale nie oznacza, że zawsze jest sielankowo. Na mecz muszę wybrać 20 zawodników, co oznacza, że kilku z nich znajdzie się poza kadrą meczową. To dla nich nie jest łatwe. Wybór jedenastki też oznacza, że ktoś nie pojawi się na boisku, a przecież każdy z nich trenuje, żeby grać. Są jeszcze trudne decyzje związane z wypożyczeniem zawodnika lub ze zrezygnowaniem z niego. To wszystko jest jednak wpisane w nasz zawód i trzeba się z tym zmierzyć. To hartuje i uczy normalnego funkcjonowania.
Pamiętam, jak byłem w Nyonie na tygodniowym stażu dla trenerów. Jeden ze szkoleniowców powtarzał zawsze taką maksymę „be yourself”, czyli „bądź sobą”. Zawsze staram się być sobą i wszystko, co robię, robić zgodnie z własnymi przekonaniami.
Zawodnicy cenią trenerów prawdziwych, szczerych, szczególnie że mecze ligowe i parcie na wynik generują stres.
– Stres jest nieodłącznym towarzyszem w naszym zawodzie, w graniu w piłkę. Czasem bywa on paraliżujący i powoduje, że zawodnik, który świetnie wygląda na treningu, w meczu pokazuje o 20, nawet 30 procent mniej swoich umiejętności. Ten stres potrafi sparaliżować nogi, spowodować, że piłkarz zaczyna podejmować proste, bezpieczne decyzje, bojąc się podjąć ryzyko, bojąc się zatracić w piłce. Stres szczególnie widać po bladych twarzach chłopaków w szatni, gdy przegrywają. Jak nie strzelają gola, czy zawalają bramkę. I choć przerwa między połowami trwa kwadrans, ja mam tylko pięć minut na to, żeby do nich dotrzeć, by wyszli znów na boisko i cieszyli się grą. Bo w tym wszystkim ta radość jest najważniejsza. Nietrudno o nią, jak się wygra. Wtedy cały tydzień do następnego meczu jest przyjemny. W przypadku porażki, im bliżej kolejnego spotkania, tym szybsze bicie serca, niepokój, niepewność. Do tego dochodzi nie zawsze zasłużona krytyka ze strony kibiców, często anonimowa i niewyszukana. Szczególnie dużo jest jej w mediach społecznościowych. W dobie wszechobecnego internetu zawodnik jest stale recenzowany. Trzeba umieć z tym żyć, odciąć się i iść dalej.
Każdy z nas przeżywa stres. Ja swój azyl znajduję w domu, w rodzinie. A Pan?
– Ja zdecydowanie też. W 2011 r. wyjechałem do pracy poza Bydgoszcz. To był Poznań, Warta. Wtedy moja córeczka była malutka i z żoną postanowiliśmy, że one przeprowadzą się wraz ze mną, by być razem. Podobnie było w kolejnym miejscu, gdzie trenowałem w Legnicy, w Miedzi. To były komfortowe warunki, bo jak wracałem po treningu do domu, to wiedziałem, że będzie tam żona i córka, miałem świadomość, że ktoś bliski tam na mnie już czeka. Ale gdy Julka zaczęła chodzić do szkoły, nadeszła propozycja z Bielska-Białej, żeby być częścią sztabu w ekstraklasowym Podbeskidziu. Do Bielska-Białej z Bydgoszczy, gdzie znów z rodziną wróciliśmy, było blisko 500 km. Pojechałem tam sam, za chlebem. Wtedy tak naprawdę poczułem, co to znaczy być trenerem. Gdy z jednej strony jest stres związany z całym zawodem, piłką, meczami, treningami, a z drugiej niepokój, czy tam w rodzinie jest wszystko ok. To nie jest łatwe. Bo zawód trenera to nie tylko 90 minut stania przy linii podczas meczu, ale wiele wyrzeczeń. Dlatego gdy w rodzinie wszystko jest dobrze poukładane, to jest ona wsparciem, daje ogromną siłę, żeby realizować swoje marzenia i swoją pasję w tym zawodzie.
Teraz znów jest Pan w Poznaniu, z którego do Bydgoszczy jest dużo bliżej.
– Tak, ale córka uczy się w Bydgoszczy, a żona ma tam pracę. Na szczęście z Poznania do Bydgoszczy jedzie się nieco ponad godzinę pociągiem. Są też komórki i wideorozmowy, z których wieczorami skrzętnie korzystam i wiele minut gadam z żoną i córką.
Jest pan takim korespondencyjnym tatą?
– Staram się mimo odległości być w życiu Julki na bieżąco. Widzę, jak odrabia lekcje, kiedy trzeba pomogę. Wiem, jak ogromne znaczenie ma moja obecność w tym jej dziecięco-młodzieńczym życiu. Że te kolejne etapy rozwoju są teraz i jak w nich teraz nie będę uczestniczył, to już coś bezpowrotnie stracę. W jej życiu są rzeczy, które mają dla niej wielkie znaczenie, a ja staram się w tym wszystkim być dla niej wsparciem.
To jest gigantyczny kapitał dla waszych relacji.
– Zdecydowanie tak. Staram się nie uchybić w żadnej rzeczy czy sytuacji, które mogłyby mieć wpływ na życie mojej córki.
Jest Pan osobą wierzącą. A jak pod względem wiary wygląda szatnia Warty?
– Wiara w sporcie musi być, bo zawodnicy tak naprawdę wychodzą na walkę. Oni się nawet nad tym nie zastanawiają, ale przez te 90 minut meczu kładą na szali swoje zdrowie, swoje głowy, nogi, ręce. A przecież zdarzają się w piłce poważne kontuzje.A to nie są żarty. Jak jesteśmy w grupie, tworzymy krąg, dosłownie chwilę przed wyjściem przez tunel na murawę, wtedy zawsze jako ostatni zabieram głos i mówię do nich: „Z Bogiem, kto wygra mecz?”. A więc idąc, te myśli mają skierowane gdzieś ku górze. Z nadzieją, że po meczu wrócą do szatni, a potem do domów zdrowi.
Trudno jest być w środowisku sportowym osobą wierzącą?
– Pytanie czy w ogóle w życiu trudno jest być wierzącym? Często spotyka się osoby, które kryją się ze swoją duchowością, religijnością. Ludzie, szczególnie młodzi, boją się opinii innych, jak będą postrzegani w grupie, czy zostaną w niej zaakceptowani czy wyśmiani. Tylko najmocniejsze charaktery w grupie nie przejmują się tym, co powiedzą inni. Pamiętam, jak miałem w swojej grupie kolegów, którzy zawsze przed posiłkiem robili znak krzyża. Dla mnie to byli odważni ludzie, którzy nie wstydzili się swojej wiary, nie zważali na inność, na opinie. Rzadko się to spotyka, a ja to szalenie szanuję. Też żyję zgodnie z własnymi przekonaniami.
Wiara pomaga Panu w codziennym życiu?
– Tak. Zostałem wychowany w wierze przez rodziców. To oni zaszczepili mi ją swoim przykładem. Jako małe dziecko często widziałem mamę i tatę modlących się. Niedziela to zawsze był nie tylko czas dla siebie, ale i Boga, czas na wizytę w kościele. Podobnie jak uczestnictwo we wszystkich świętach, rekolekcjach, czas spowiedzi. Okres Wielkiego Postu to był czas wyrzeczenia, zastanowienia się nad sobą. W naszym domu nadal tak jest. I tak też wychowuję swoją córkę.
Tekst ukazał się w miesięczniku „KnC” w lutym 2020 roku
Michał Bondyra