C. S. Lewis. Wewnętrzny krąg

Prezentujemy znakomity odczyt C. S. Lewisa Wewnętrzny Krąg. Jest on świetnym studium nieformalnych kręgów, które spotkać można niemal w każdej firmie bądź instytucji. Tekst ten stanowi część książki Diabelski toast, zawierającej także inne znakomite eseje Lewisa, wydanej przez Oficynę Wydawniczą Logos, której bardzo dziękujemy za zgodę na publikację.

Na wstępie chciałbym zacytować fragment „Wojny i pokoju” Tołstoja.

Gdy Borys wszedł do pokoju, książę Andrzej słuchał starego generała, ubranego w mundur galowy z dystynkcjami. Składał on księciu jakiś raport, zaś na jego czerwonej twarzy widniał wyraz żołnierskiej służalczości. „Dość! Poczekaj proszę”, książę Andrzej wypowiedział te słowa po rosyjsku, z francuskim akcentem, z jakim mówił, zwracając się do kogoś z pogardą. W chwili gdy dostrzegł Borysa, przestał słuchać generała, który dreptał za nim błagalnie, prosząc o posłuchanie. Książę Andrzej odwrócił się jednak w stronę Borysa z radosnym uśmiechem i skinieniem głowy. Borys zrozumiał wyraźnie to, czego istnienia do tej pory jedynie się domyślał – że obok systemu dyscypliny i podporządkowania, który tworzyły przepisy obowiązujące w armii, istniał inny, jeszcze bardziej realny system – system, który zmuszał generała o czerwonej twarzy, ubranego w galowy mundur zapięty na ostatni guzik, by w postawie wyrażającej szacunek czekał na swą kolej, podczas gdy książę Andrzej, zwykły kapitan, rozmawiał z prostym starszym porucznikiem, Borysem. Borys natychmiast postanowił, że nie będzie się kierował oficjalnym systemem, lecz drugim, niepisanym. (Wojna i pokój, część 3, rozdział 9).

Ponieważ poprosiliście o wygłoszenie tego odczytu moralistę w średnim wieku, przypuszczam (jakkolwiek może się to wydawać nieprawdopodobne), że musicie lubić morały prawione przez człowieka w średnim wieku. Uczynię, co w mojej mocy, by zaspokoić wasze pragnienia. W rzeczy samej udzielę wam rady na temat świata, w którym przyjdzie wam żyć. Nie oznacza to, że będę mówił na temat tak zwanych spraw bieżących. O sytuacji bieżącej wiecie przypuszczalnie tyle samo, co ja. Nie zamierzam wam mówić – a jeśli już, to w tak ogólnej formie, że nie dostrzeżecie podobieństwa – jaką rolę powinniście odegrać w rekonstrukcji powojennego świata. Jest bardzo mało prawdopodobne, by ktoś z was mógł wywrzeć bezpośredni wpływ na sprawę pokoju lub pomyślności Europy. Będziecie zajęci raczej poszukiwaniem pracy, będziecie zawierali małżeństwa, gromadzili fakty. Mam zamiar uczynić coś bardziej staromodnego, niż się pewne spodziewaliście. Udzielę wam rady. Udzielę wam ostrzeżenia. Dam wam radę i udzielę ostrzeżenia dotyczącego spraw tak odwiecznych, że nikt nie określa ich mianem „bieżącej sytuacji”.

Oczywiście każdy wie przed czym taki moralista w średnim wieku, jak ja, może ostrzegać młodych. Na pewno będzie ich ostrzegał przed światem, ciałem i szatanem. Na dziś wystarczy jeśli zajmę się tylko jednym z tej trójki. Od diabła powinienem trzymać się z daleka. W opinii publicznej kojarzy się mnie z nim w stopniu większym, niż bym sobie tego życzył – w niektórych środowiskach doszło już do całkowitego pomieszania nas, jeśli nie do pełnej identyfikacji. Zacząłem rozumieć stare przysłowie, że kto chce jeść z diabłem z jednej miski potrzebuje długiej łyżki. Jeśli chodzi o ciało, to bylibyście bardzo nietypowymi młodymi ludźmi, gdybyście nie wiedzieli o nim tyle samo, a nawet więcej, niż ja. Sądzę jednak, że mam wam coś do powiedzenia na temat świata.

We fragmencie Wojny i pokoju Tołstoja, który właśnie przeczytałem, młody porucznik Borys Drubecki odkrywa, że w armii rosyjskiej istnieją dwa odrębne systemy władzy czy hierarchie. Zasady jednego zostały wydrukowane w małej czerwonej książeczce i każdy mógł je przeczytać. Posiadały trwały i niezmienny charakter. Generał był zawsze wyższy rangą od pułkownika, zaś pułkownik od kapitana. Zasady drugiego systemu nie zostały nigdzie opublikowane. Nie była to jakaś tajemnicza wspólnota oficerów, kierująca się zasadami, o których powiedzianoby ci, gdybyś został do niej przyjęty. Do tego kręgu nigdy nie zostaniesz przyjęty wprost, w sposób formalny. Zaczniesz stopniowo odkrywać jego istnienie (chociaż nie będziesz potrafił go zdefiniować) i spostrzegać, że znajdujesz się na zewnątrz niego; zaś później, być może, że znalazłeś się już w jego wnętrzu. Posiada on własne sygnały, odpowiadające wojskowym hasłom, lecz one również są spontaniczne i nieformalne. Własny język, posługiwanie się przydomkami, aluzyjny sposób prowadzenia rozmowy to jego typowe wyróżniki. Nie ma on jednak charakteru stałego. W przypadku niektórych osób trudno ustalić czy znajdują się w środku, czy na zewnątrz. Oczywiście, niektórzy ludzie są wewnątrz, inni zaś wyraźnie na zewnątrz niego. Zawsze jednak kilka osób znajduje się na granicy. Gdybyś po sześciu miesiącach nieobecności powrócił do tego samego sztabu, brygady czy regimentu, a nawet do tego samego grona osób, mógłbyś stwierdzić, że nieformalna hierarchia uległa odwróceniu. Nie istnieje w niej coś takiego, jak formalne przyjęcie czy formalne wykluczenie. Ludzie sądzą, że znajdują się w jego wnętrzu dopóki nie zostaną z niego wypchnięci lub dopóki nie pozwoli się im na „wejście”, co jest zwykle źródłem wielkiego zdziwienia tych, którzy naprawdę do niego należą. System ten nie posiada żadnej stałej nazwy. Jedyną pewną rzeczą jest to, że ludzie będący wewnątrz i na zewnątrz niego różnie go określają. Patrząc od wewnątrz można go opisać, w prostych przypadkach, za pomocą zwyczajnego wyliczenia: „Ja, ty i Tony”. Kiedy odznacza się on dużym poczuciem bezpieczeństwa, zaś grono członków jest stosunkowo stałe, określają oni siebie mianem „my”. Gdy zaś musi zostać nagle poszerzony, by sprostać konkretnemu wyzwaniu, jego członkowie określają siebie mianem „wszystkich rozsądnych ludzi, którzy się tutaj znajdują”. Jeśli znajdujesz się na zewnątrz i utraciłeś nadzieję dostania się do środka, możesz określać go takimi słowami jak „banda”, „oni”, „Bill i jego ludzie”, „klika” lub „wewnętrzny krąg”. Jeśli jesteś potencjalnym kandydatem do przyjęcia w poczet jego członków, prawdopodobnie nie nazwiesz go żadnym imieniem. Gdybyś rozmawiał o nim z innym człowiekiem znajdującym się na zewnątrz, czułbyś się całkowicie mu obcy, zaś wspomnienie o jego istnieniu człowiekowi, który znajduje się wewnątrz, i który może pomóc ci dostać się do środka (gdyby wasza rozmowa wypadła pomyślnie) byłoby szaleństwem.

Chociaż mój opis nie jest doskonały, mam nadzieję, że wszyscy zrozumieliście, co mam na myśli. Oczywiście nie dlatego, że służyliście w rosyjskiej armii, czy w jakiejkolwiek armii świata. Mimo to jestem pewny, że mieliście już do czynienia ze zjawiskiem wewnętrznego kręgu. Odkryliście go z pewnością w waszym uniwersyteckim akademiku przed końcem pierwszej sesji egzaminacyjnej. A gdy znaleźliście się w jego wnętrzu pod koniec drugiego roku odkryliście, że istniał w nim kolejny, jeszcze bardziej wewnętrzny krąg, który z kolei był elementem skrajnym wielkiego kręgu uniwersyteckiego, którego satelitami były mniejsze kręgi rozsiane po akademikach. Możliwe, że krąg uniwersytecki stykał się z kręgiem absolwentów. W taki to sposób zaczęliście się przedzierać przez kolejne warstwy cebuli. Zjawisko to występuje z pewnością również na waszym uniwersytecie. Chyba się nie pomylę zakładając, iż na tej sali znajduje się kilka, niewidocznych dla mnie, kręgów? Mogę was zapewnić, że w każdym szpitalu, w każdej korporacji prawniczej nadającej przywileje obrońcy sądowego, w każdej diecezji, szkole, firmie czy college’u do jakiego traficie istnieją takie wewnętrzne kręgi – zjawisko, które Tołstoj określa mianem drugiego, niepisanego systemu.

Wszystko to jest raczej oczywiste. Ciekaw jestem, co powiecie o moim następnym wniosku. Jestem przekonany, że w pewnym okresie życia mężczyzny, a w przypadku wielu od niemowlęctwa aż po późną starość, jednym z dominujących czynników jest pragnienie znajdowania się wewnątrz lokalnego kręgu i przerażenie na myśl, że można zostać z niego wykluczonym. Pragnienie to, w jednej ze swych form, zostało wyczerpująco opisane w literaturze. Mam na myśli zjawisko snobizmu. Powieść wiktoriańską zaludniają postacie, które wiedzione są wyłącznym pragnieniem dostania się do wnętrza jakiegoś kręgu, jakiegoś towarzystwa? Należy jednak pamiętać, że „towarzystwo” rozumiane w tym znaczeniu jest zaledwie jednym z setek wewnętrznych kręgów, zaś snobizm tylko jedną z postaci pragnienia dostania się do środka. Ludzie, którzy są wolni od snobizmu i z poczuciem własnej wyższości czytają satyry na jego temat, mogą być niszczeni przez to samo pragnienie w innej formie. Siła pragnienia dostania się do zupełnie innego kręgu, czyni ich niewrażliwymi na pokusy wyższego życia. Zaproszenie od księżnej jest marnym pocieszeniem dla człowieka cierpiącego z powodu wykluczenia z jakiejś arystokratycznej czy komunistycznej koterii. Jeszcze inny nie chce przebywać w wielkich, jasno oświetlonych salach, nie pragnie szampana, atmosfery skandalów ani prestiżu gabinetu ministra. Wystarczy mu maleńkie poddasze czy pracownia, pochylone głowy przyjaciół, dym papierosów i cudowna świadomość, że oni czterej, skuleni wokół piecyka, są ludźmi, którzy wiedzą. Zwykle pragnienie to jest tak dobrze ukryte, że niemal nie zdajemy sobie sprawy z przyjemności spełnienia. Mężczyźni tłumaczą się przed żonami i przed sobą, że wcale nie chcą zostawać do późna w biurze (w szkole), by przygotować jakąś ważną pracę – a jednak muszą, ponieważ są jedynymi ludźmi, którzy wiedzą, jak ją należy wykonać. Nie jest to do końca prawdą. Stary Fatty Smithson, który bierze cię na bok i szepcze do ucha: „Słuchaj, chcielibyśmy cię jakoś zaangażować do tego egzaminu” lub „Charles i ja od razu wiedzieliśmy, że powinieneś znaleźć się w naszym komitecie” jest tak okropnie nudny. Okropnie nudny… o ileż bardziej okropnym byłoby pozostanie na zewnątrz! Strata sobotnich popołudni może być bardzo męcząca i niezdrowa, lecz posiadanie wolnego weekendu tylko dlatego, że się nie liczysz, jest czymś znacznie gorszym.

Freud uznałby to wszystko za sprytny wybieg popędu seksualnego. Jestem jednak ciekaw, czy, jak to mówią, but znajduje się na właściwej nodze. Czy w czasach dominacji stosunków pozamałżeńskich, więcej dziewictwa utracono z powodu posłuszeństwa Wenus, czy z powodu posłuszeństwa pokusie należenia do jakiejś wewnętrznej grupy. Oczywiście, w czasach gdy stosunki pozamałżeńskie są modne, ludzie zachowujący czystość są outsiderami. Nie mają pojęcia o tym, czego doświadczają inni. Nie zostali poddani inicjacji. W przypadku spraw mniej ważnych liczba ludzi, którzy zapalili pierwszego papierosa lub pierwszy raz się upili z takiego powodu jest przypuszczalnie bardzo duża.

Muszę teraz wprowadzić pewne ważne rozróżnienie. Nie uważam, że istnienie owych wewnętrznych kręgów jest złe. Z pewnością jest to rzecz, której nie da się uniknąć. To, że pewne dyskusje muszą być prowadzone w sposób poufny, nie jest również czymś złym (samo w sobie jest to rzeczą dobrą), że między ludźmi, którzy blisko ze sobą współpracują tworzą się osobiste przyjaźnie. Poza tym może się okazać niemożliwe, by oficjalna struktura organizacji w pełni odpowiadała jej faktycznemu funkcjonowaniu. Gdyby najmądrzejsi i najbardziej dynamiczni ludzie zawsze zajmowali najwyższe stanowiska, obydwa systemy odpowiadałyby sobie dokładnie; jednak ponieważ zwykle tak się nie dzieje, na najwyższych stanowiskach często znajdują się ludzie ograniczeni, zaś na niższych stanowiskach ważniejsi niż mogłaby na to wskazywać ich pozycja i miejsce w hierarchii. Chociaż zjawisko to ma charakter konieczny, wcale nie musi być złe. Jednak pragnienie, które ciągnie nas do wnętrza jakiegoś kręgu to już całkiem inna sprawa. Jakaś rzecz może być sama w sobie moralnie obojętna, a mimo to jej pragnienie może być niebezpieczne. Byron napisał:

Słodkie jest dziedzictwo, słodką rzeczą

jest nieoczekiwana śmierć starszej damy.

Spokojna śmierć pobożnej krewnej, znajdującej się w podeszłym wieku, nie jest rzeczą złą. Jednak pragnienie jej śmierci, doświadczane przez spadkobierców, nie jest właściwe, zaś prawo z całą surowością traktuje wszelkie, nawet najdelikatniejsze próby przyspieszenia jej odejścia. Podobnie jest w przypadku wewnętrznych kręgów i naszych pragnień z nimi związanych. Zjawisko to ma charakter nieunikniony, jest niewinnym rysem życia, chociaż trudno go uznać za piękny. Jak jednak należy oceniać nasze pragnienie dostania się do ich wnętrza, ból, gdy zostaniemy z nich wykluczeni, i przyjemność, którą odczuwamy gdy w nich się znajdziemy?

Nie mam prawa zakładać, w jakim stopniu każdy z was pójdzie na kompromis. Nie mogę przyjmować, że zaniedbaliście i porzuciliście przyjaciół, których naprawdę kochaliście, i którzy mogli wam wystarczyć na całe życie, by zdobyć przyjaźń tych, którzy wydawali się wam ważniejsi, bardziej tajemniczy. Nie wolno mi pytać, czy kiedykolwiek czerpaliście ukrytą radość z poczucia samotności i upokorzenia ludzi znajdujących się na zewnątrz, podczas gdy wy sami znajdowaliście się w środku. Nie mogę snuć przypuszczeń, że rozmawialiście z innym członkiem wewnętrznego kręgu w obecności outsidera, tylko po to, by wzbudzić w nim zazdrość. Nie mogę również zakładać, że sposoby, za pomocą których pozyskaliście sobie członków wewnętrznego kręgu były zawsze godne podziwu. Zadam tylko jedno pytanie – będzie to oczywiście pytanie retoryczne, na które nie oczekuję odpowiedzi. Czy pragnienie znajdowania się po właściwej stronie niewidzialnej linii skłoniło was kiedykolwiek do zrobienia czy powiedzenia czegoś, czego żałowalibyście podczas bezsennej nocy? Jeśli tak się nie stało to mieliście więcej szczęścia od innych.

Obiecałem jednak, że udzielę wam rady, zaś rada powinna dotyczyć przyszłości, nie zaś przeszłości. Zwróciłem wam uwagę na przeszłość jedynie po to, by obudzić w was świadomość tego, co jest, według mnie, istotą ludzkiego życia. Nie wierzę w to, że motywy ekonomiczne lub seksualne tłumaczą wszystkie wydarzenia zachodzące w tym, co my moraliści nazywamy światem. Nawet jeśli dodacie do tego czynnik ambicji to sądzę, że obraz i tak pozostanie niekompletny. Pragnienie ezoteryczności1, chęć znajdowania się w środku, przybiera wiele form, które trudno czasami rozpoznać jako ambicję. Bez wątpienia mamy nadzieję na wymierne zyski z każdego wewnętrznego kręgu, jaki penetrujemy: władzy, pieniędzy, wolności łamania zasad, unikania rutynowych obowiązków, rozluźnienia dyscypliny. Wszystkie te rzeczy nas jednak nie zadowolą jeśli oprócz nich nie doświadczymy wspaniałego uczucia sekretnej intymności. Wygodnie jest wiedzieć, że nie trzeba się obawiać oficjalnej nagany ze strony zwierzchnika, ponieważ jest nim stary Percy, kolega należący do naszego wewnętrznego kręgu. Nie uznajemy jednak intymności za wartość jedynie ze względu na wygodę; w równym stopniu cenimy wygodę jako dowód zażyłości i intymności.

Głównym celem mojego wystąpienia jest przekonanie was, że pragnienie znajdowania się w wewnętrznym kręgu jest jednym z głównych czynników kierujących ludzkimi działaniami. Jest ono jedną z sił, które tworzą znany nam świat – całe to kłębowisko zmagań, współzawodnictwa, pomieszania, przekupstwa, rozczarowania i uprzedzeń – tego możecie być zupełnie pewni. Jeśli nie podejmiecie odpowiednich środków zapobiegawczych, pragnienie to stanie się jedną z głównych sił działających w waszym życiu – od dnia, w którym rozpoczniecie pracę aż do dnia, w którym będziecie już za starzy, by na czymkolwiek wam zależało. Stanie się to w sposób naturalny – życie samo was do tego doprowadzi. Każdy inny styl życia, będący rezultatem świadomego wyboru, wymaga stałego podejmowania wysiłków. Jeśli nic w tej sprawie nie uczynicie, jeśli będziecie się unosić z prądem, staniecie się niewolnikami „wewnętrznych kręgów”. Nie oznacza to, że odniesiecie sukces, choć i tak może się stać. Niezależnie jednak od tego, czy nigdy nie dostaniecie się do jego wnętrza, czy też będziecie się zwycięsko przedzierać do kolejnych warstw, będziecie poddani działaniu tej siły.

Mam nadzieję, że dałem wam wystarczająco wyraźnie do zrozumienia, że byłoby lepiej dla was, abyście takimi ludźmi nie byli. Być może niczego jeszcze w tej sprawie nie postanowiliście i jesteście otwarci na różne pytania. Dlatego wskażę dwa powody, by myśleć podobnie, jak ja.

Sądzę, że byłoby rzeczą uprzejmą i wspaniałomyślną z mojej strony założenie (a także rzeczą rozsądną, biorąc pod uwagę wasz wiek), iż żaden z was nie jest jeszcze łotrem. Z drugiej strony, wnioskując na podstawie prawa średniej (nie wypowiadam się tutaj na temat tzw. wolnej woli), jest niemal pewne, że przynajmniej dwóch lub trzech z was stanie się w przyszłości ludźmi tego rodzaju. Na tej sali musi być dość materiału na taką liczbę pozbawionych skrupułów, zdradliwych, nie potrafiących współczuć egoistów. Nadal możecie dokonać wyboru. Mam nadzieję, że nie zrozumiecie moich surowych słów jako wyrazu braku szacunku dla charakteru, który obecnie posiadacie. Moje proroctwo jest następujące. W przypadku dziewięćdziesięciu procent obecnych tutaj osób decyzja, która w konsekwencji doprowadzić może do znikczemnienia, nie będzie miała dramatycznego charakteru. Niemal na pewno nie pojawią się w waszym życiu ludzie źli do szpiku kości, starający się was pozyskać groźbą albo przekupstwem. Wybory te pojawią się gdy będziecie sączyli drinka czy pili filiżankę kawy, zjawią się ukryte pod pozorem trywialności, ukryte między żartami. Słowa stawiające was przed decyzją wyboru padną z ust mężczyzny lub kobiety, których niedawno poznaliście (i których mieliście nadzieję lepiej poznać) w chwili, gdy za wszelką cenę będziecie się starali nie okazać się ludźmi pozbawionymi ogłady, naiwniakami czy fanatykami. Poczujecie, że coś jest nie tak, że coś jest sprzeczne z formalnymi zasadami gry „fair”. Pogrążony w niewiedzy i romantycznych ideałach ogół zupełnie tego nie pojmie. Nie zauważą tego nawet inni profesjonaliści, spoza waszego kręgu zawodowego. A gdyby nawet zauważali, to nie zadadzą sobie trudu, by zastanawiać się czy narzekać z powodu czegoś tak mało ważnego. Będzie to coś, o czym wasz nowy przyjaciel powie „my zawsze robimy” – gdy usłyszycie słowo „my” będziecie się z całych sił powstrzymywali, by nie wybuchnąć radością. W ten sposób zostaniecie wciągnięci do środka (zakładając, że tak się rzeczywiście stanie), nie z pragnienia zysku czy uniknięcia trudności, lecz dlatego, że wasze usta znajdowały się tak blisko krawędzi pucharu, iż nie mogliście znieść myśli o powrocie do zimnego, zewnętrznego świata. Byłoby rzeczą okropną zobaczyć jak twarz przyjaciela – serdeczna, pełna zaufania, szlachetnie uduchowiona – nagle staje się pełna chłodu i pogardy, ujrzeć, że pomimo starań, nie przyjęto cię do wewnętrznego kręgu i że zostałeś odrzucony. Później, za tydzień lub dwa, gdy znajdziecie się już w jego wnętrzu, odejdziecie od obowiązujących zasad troszeczkę dalej, za rok jeszcze dalej. Wszystko to będzie się odbywało w jak najradośniejszej, w jak najbardziej przyjaznej atmosferze. Wszystko to może się skończyć katastrofą, skandalem lub popełnieniem przestępstwa; równie dobrze jednak może doprowadzić do zarobienia milionów, uzyskania godności para i zaszczytem rozdawania nagród w waszej starej szkole. Będziecie jednak łotrami.

Taki jest zatem pierwszy powód. Ze wszystkich ludzkich namiętności pragnienie dostania się do wewnętrznego kręgu najskuteczniej skłania człowieka, który nie jest jeszcze wielkim łotrem, do czynienia bardzo złych rzeczy.

Powód drugi jest następujący. Kara wymierzona Danaidom w Tartarze, polegająca na napełnianiu wodą beczki z przedziurawionym dnem, jest symbolem nie jednego, lecz wszystkich grzechów. Jest to najważniejsza cecha każdego perwersyjnego pragnienia, które zabiega o uzyskanie czegoś, czego nigdy nie będzie posiadać. Pragnienie znalezienia się wewnątrz niewidzialnego kręgu doskonale ilustruje tę zasadę. Tak długo, jak długo będzie wami rządzić, nigdy nie otrzymacie tego, czego pragniecie. Jeśli będziecie się starali obrać ze skóry cebulę, odkryjecie, że nic z niej nie pozostało. Dopóki nie przezwyciężycie lęku, że zostaniecie uznani za outsidera, pozostaniecie nim.

Gdy się nad tym zastanowicie, wszystko stanie się proste. Jeśli pragniecie wejść do jakiegoś wewnętrznego kręgu z ważnego powodu – np. jeśli pragniecie wstąpić do jakiegoś towarzystwa muzycznego, ponieważ naprawdę kochacie muzykę – da wam to możliwość uzyskania satysfakcji. Być może zaczniecie grać w kwartecie i będzie wam to sprawiać radość. Jeśli jednak pragniecie wyłącznie sławy i rozgłosu, przyjemność, której doświadczycie, będzie krótkotrwała. Wewnętrzny krąg, oglądany od środka, nie może posiadać takiego uroku, jakim jest otoczony, gdy obserwujemy go z zewnątrz. Już sam fakt przyjęcia powoduje, że traci ono swój magiczny urok. Kiedy przeminie pierwszy czar nowości, członkowie wewnętrznego kręgu przestaną być bardziej interesujący od waszych dawnych przyjaciół. Dlaczego mieliby być bardziej interesujący? Nie szukaliście przecież szlachetności, oddania, radosnego humoru, nauki i mądrości – tych rzeczy, które mogą przynieść prawdziwe zadowolenie. Pragnęliście jedynie znaleźć się „w środku”. A przyjemność ta ze swej natury jest nietrwała. Gdy rutyna spowoduje, że znudzą ci się twoi nowi koledzy, zaczniesz się rozglądać za kolejnym kręgiem. Wierzchołek tęczy będzie jednak ciągle przed tobą. Stary krąg będzie teraz jedynie szarym tłem kręgów nowych, do których będziesz chciał wkroczyć.

Po jakimś czasie odkryjesz, dlaczego trudno jest do nich wejść. Gdy sam znajdziesz się w środku, będziesz się starał utrudnić dostanie się do wnętrza tym, którzy pozostali na zewnątrz – podobnie jak kiedyś utrudniano je tobie. To naturalne. W każdej zdrowej grupie ludzi, która powstała w imię jakiegoś dobrego celu, wykluczenia innych mają w pewnym sensie charakter przypadkowy. Trzej czy czterej ludzie, którzy trzymają się razem z powodu wykonywanej przez siebie pracy, eliminują innych, ponieważ wystarczy jej tylko dla nich lub inni nie potrafią jej dobrze wykonać. Małe towarzystwo muzyczne, do którego należysz, ogranicza liczbę swych członków, ponieważ sala, w której się zbierają, ma określoną wielkość. Jednak każdy wewnętrzny krąg swe istnienie zawdzięcza wykluczeniu. Gdyby na zewnątrz nie było ludzi, nie byłoby to zabawne. Niewidzialna linia nie miałaby żadnego znaczenia, gdyby większość ludzi znajdowała się po niewłaściwej stronie. Wykluczenie nie jest zatem rzeczą przypadkową: należy do istoty wewnętrznego kręgu.

Pragnienie dostania się do wewnętrznego kręgu złamie wam serce, jeśli go sobie nie podporządkujecie. Jeśli to jednak uczynicie, pojawią się zdumiewające rezultaty. Jeśli w ramach godzin pracy uczynicie pracę swoim celem, odkryjecie, że należycie do jedynego kręgu, który w waszym zawodzie naprawdę się liczy. Staniecie się prawdziwymi profesjonalistami i inni prawdziwi profesjonaliści będą o tym wiedzieli. Grono prawdziwych profesjonalistów w żadnej mierze nie będzie się pokrywało z jakimś wewnętrznym kręgiem czy z grupą tzw. ważnych ludzi, których trzeba znać. Nie będzie miało ono takiego wpływu na politykę personalną; nie będzie też w takim stopniu walczyło z opinią publiczną o prawa określonej grupy zawodowej. Z drugiej strony nie będzie ono wywoływało okresowych skandali i okrzyków sprzeciwu, jakie rodzi istnienie wewnętrznego kręgu. Ludzie ci będą jednak wykonywali pracę, z powodu której ich profesja istnieje (nie może tego zapewnić żadna reklama) i na dłuższą metę to od nich właśnie będzie zależało, jakim szacunkiem jest ona otaczana. A jeśli w wolnym czasie będziesz przebywać z ludźmi, których lubisz, ponownie odkryjesz, że nieświadomie dotarłeś do prawdziwego wnętrza – że znalazłeś się w centrum czegoś, co obserwowane z zewnątrz, wygląda dokładnie tak, jak wewnętrzny krąg. Różnica polega jednak na tym, że ów sekretny charakter wspólnoty jest teraz przypadkowy, że wykluczenie innych jest jedynie produktem ubocznym, i że pokusa ezoteryczności nie skłoniła nikogo do wejścia – tworzy ją bowiem jedynie czterech czy pięciu ludzi, którzy lubią się spotykać i wspólnie robić to, co sprawia im przyjemność. To jest przyjaźń. Arystoteles zaliczał ją do cnót. To właśnie przyjaźń dostarcza połowy szczęścia doświadczanego na tym świecie – czego nie da wam żaden wewnętrzny krąg.

Z Biblii możemy dowiedzieć się, że ci, którzy proszą, otrzymują. To prawda w wielu znaczeniach, których teraz nie mogę omawiać. Jednak wiele prawdy kryje się też w uczniowskiej zasadzie „ci, którzy proszą, nie otrzymają”. Dla młodego człowieka, wkraczającego w dorosłe życie, świat wydaje się pełen „wewnętrznych kręgów” – pełnych intymnych, zażyłych związków – i pragną oni dostać się do ich wnętrza. Jeśli jednak posłuchają tego pragnienia, nie dotrą do żadnego „wnętrza”, które byłoby warte ich dążenia. Prawdziwa droga wiedzie w zupełnie inną stronę. Przypomina ona dom w po drugiej stronie lustra.

Odczyt wygłoszony w King’s College,

LONDYN, 1944