Krzysztofa Hołowczyca żadnemu dużemu, ale i pewnie małemu facetowi specjalnie przedstawiać nie trzeba. Legenda rajdów samochodowych, trzeci zawodnik jednego z Dakarów, zdobywca Pucharu Świata w rajdach terenowych, rajdowy mistrzostw Europy, trzykrotny mistrz Polski. Nam opowiedział o honorze, odwadze, pokorze i Bogu. No i o rodzinie wyznaczającej sens jego istnienia.

Rozmawia: Michał Bondyra
W którejś z rozmów wspomniał Pan, że gdyby urodził się kilkaset lat wcześniej, byłby rycerzem.
– Rycerze to przede wszystkim ludzie o wielkiej pokorze i odwadze. Chyba dlatego najbardziej do tego typu ludzi pasowałbym kilkaset lat wcześniej. Obie te cechy wypracował we mnie sport. W życiu trzeba wykazywać się odwagą. Kiedyś postawiłem wszystko na jedną kartę, sprzedałem dom i wszystkie pieniądze wsadziłem w przygotowanie samochodu i siebie do udziałów w rajdach samochodowych. Było wielu sceptyków, według których nie miałem najmniejszych szans i moja decyzja była ich zdaniem pętlą założoną na szyję. Wiedziałem, że mogłem wtedy wiele stracić albo zyskać. Dzisiaj okazuje się, że moja decyzja była słuszna. Już wtedy wiedziałem, że podejmując ryzyko, dam z siebie wszystko, aby spełnić swoje marzenia i zaistnieć w sporcie motorowym. I udało się! Tej właśnie odwagi w dzisiejszych czasach niestety brakuje, a trzeba ją odnaleźć głęboko w sobie.
Dakar, w którym tyle lat Pan się ścigał, był chyba trochę dla takich rycerzy – kierowców odważnych, dzielnych, walecznych.
– O odwadze, którą muszę się wykazywać, sporo mogę mówić w kontekście wykonywania zawodu kierowcy rajdowego. Najlepszym przykładem jest Rajd Dakar i karkołomne zjazdy z kilkudziesięciometrowych, niemal pionowych pustynnych wydm, które często osiągają wysokości 16-piętrowych budynków. Podczas jednego z takich zjazdów byliśmy z pilotem przekonani, że to już koniec. Tył auta zaczął nam odchodzić od nawierzchni ściany i miał ochotę przelecieć do przodu. To było około 700 metrów ściany, więc koziołkowalibyśmy w powietrzu wiele razy. Kosztowało nas to strasznie dużo nerwów. Później byliśmy w stanie euforii, że udało się nam przeżyć. Ten zjazd pozwolił nam uzyskać bardzo dobry czas, a więc dzięki odwadze i waleczności zyskałem wiele.
A co z tymi cechami w codziennym życiu?
– Na pewnym etapie mojego życia przyszedł taki moment, gdy zacząłem się zastanawiać nad swoim dalszym życiem, rozwojem kariery, zarabianiem pieniędzy i ogólnie nad swoją przyszłością. Doszedłem do wniosku, że warto by było wykorzystać swoją pozycję i wizerunek do czegoś więcej niż dla potrzeb realizowania swoich podstawowych planów i zacząć zupełnie bezinteresownie pomagać innym ludziom. Dla mnie bardzo ważny jest pierwiastek ludzki w życiu, a nie jak to często bywa wśród znanych osób, materializm i jednostajne dążenie do wielkiego bogactwa i splendorów. Staram się dostrzegać w życiu rzeczy ważne i chcę robić dodatkowo coś dobrego, co zostanie przez ludzi docenione. Stąd mój udział w wielu kampaniach i akcjach charytatywnych oraz wsparcie dla różnego rodzaju instytucji. Cieszy mnie możliwość bezinteresownego ofiarowywania innym czegoś od siebie. Nie wymaga to odwagi czy też waleczności, jednak każdy rycerz cechował się też ludzkim dobrem, pomocą innym i wsparciem dla ludu.
Prawdziwy facet, który moim zdaniem powinien mieć coś z rycerza, jest też honorowy. Czym dla Pana jest honor?
– Honor to dla mnie silne poczucie własnej wartości, wiara w wyznawane zasady moralne, religijne lub społeczne. Dla mnie największym honorem jest utrzymanie pełni szczęścia w mojej rodzinie. Zapewnienie go moim czterem najwspanialszym dziewczynom. Danie im poczucia bezpieczeństwa, miłości. Przekazanie najważniejszych zasad młodszemu pokoleniu, czyli moim córkom. Myślę, że z dumą mogę powiedzieć, że to właśnie ode mnie otrzymują.
Skoro o honorze – na chorągwi jest też Bóg i Ojczyzna. Bóg, wiara są dla Pana ważne? Dają azymut do tego, jak żyć?
– Wiara jest dla mnie bardzo ważna. Świadomość, że Bóg czuwa nade mną, pomaga przetrwać nawet największe kryzysy, te podczas zawodów i te w codziennym życiu. Uważam, że wiara jest czymś bardzo doniosłym i osobistym, więc nie lubię o tym mówić.
A co, gdy daje Pan z siebie maksa, a mimo wszystko to za mało? Myślę o pokorze, którą raczej dziś się obśmiewa, uznaje za oznakę słabości?
– Tak jak wcześniej wspomniałem, to właśnie sport nauczył mnie pokory. Wiedziałem, że jest niebezpieczny, że kiedyś na pewno zobaczę, jak mi się życiorys jak film przesunie przed oczami. Sądziłem, że wtedy zobaczę rodzinę, dzieci… To było w czasach, kiedy myślałem, że jestem najlepszy na świecie, że takiego Kankkunena czy Bublewicza to „nosem wciągam”. To było tak: Toyota Celica, śnieg. Jechałem jak małpa, kiedy masz tylko automatyczne odruchy, a nie używasz mózgu. Wychodzę ze szczytu 190 km/h. Ściąga mnie do rowu, a ja nic, jadę spokojnie, to nie pierwszy raz. Dociskam gaz, żeby jeszcze ten centymetr drogi złapać, a tu nagle pień drzewa zabiera mi przednie prawe koło. Odwracam się i widzę, że zostało jakieś 50 metrów do ściany lasu. I wtedy przychodzi ta myśl: zginiemy. Nie myślę o tym, co zrobią beze mnie córki. Żadne tam najlepsze momenty w życiu. Pomyślałem: „Czeka na mnie w Szwecji nowy samochód. Kogo oni tam wsadzą? Przybylskiego powinni wsadzić, to bardzo dobry kierowca”. Walimy. Huk i potem kompletna cisza. Tylko syk z dymiących akumulatorów. Obok mnie mój pilot, wzięty ginekolog jęczy, że go boli, że leci mu krew. A ja na to: Spieprzamy, bo się możemy zapalić. I nagle poczułem, że z tyłu wieje wiatr. Odwracam się… nie ma tyłu. Wyrwało ćwierć samochodu razem z bebechami, z całą klatką. To był cud. Walnęliśmy w ułożony stos drewna. Rozniosło je po lesie, ale to zamortyzowało uderzenie. Ostatnie drzewo uderzyło centymetry ode mnie i urwało cały tył. To była lekcja pokory. Zrozumiałem, że jestem śmiertelny. I że drobny błąd może zmienić wszystko. Od tego dnia jestem innym człowiekiem. Wyciągam wnioski z takich lekcji. Nie jest to w żaden sposób oznaka słabości, a raczej rozwaga i szacunek do siebie i swojego życia. Powinno się ją szanować, a nie obśmiewać.
Facet z krwi i kości potrafi też płakać, przyznać się do błędu, pokazać słabość?
– Taką sytuacją słabości i łez w oczach był wypadek podczas Dakaru w 2013 r. Wiem, że trzeba z każdego wypadku wyciągnąć wnioski, aby nie powtórzyć podobnych błędów w przyszłości. Nawet chwilami myślę, że może taki kopniak od losu był potrzebny, że musiałem dostać od Dakaru jeszcze jedną lekcję pokory. Mam zwyczaj, że w takich sytuacjach natychmiast kontaktuję się z żoną. Zadzwoniłem do niej z telefonu satelitarnego. Gdy mówiłem jej, że już dalej nie pojadę, a Felipe – mój pilot – wcisnął guzik wzywający pomoc z zewnątrz, zdałem sobie sprawę, że wracam do domu, że to już koniec. Ten żal, te bardzo silne emocje spowodowały, że pojawiła się ta łza. Czułem ogromny ból fizyczny, ale z nim można sobie poradzić. Do tego doszedł ból psychiczny, wynikający z bezsilności. Z tego, że chcesz coś zrobić do końca, ale już nie możesz.
Dochodzimy do fundamentu – rodziny. Jak Pan postrzega siebie jako głowę rodziny?
– Najlepsze, co w życiu mam, to te moje dziewczyny. Bez rodziny nie byłbym dzisiaj w tym miejscu. Wszystko musi się dopełniać. Dzięki rodzinie jestem spełnionym sportowcem, mogę stawać do każdej walki, bo wiem, że mam w nich ogromne wsparcie. To w domu dostaję ten napęd do życia. W rodzinie każdy ma swoje zadania, robi to, w czym jest najlepszy, ale każdy się wzajemnie wspiera. Muszę dbać o szeroko pojęte bezpieczeństwo rodziny fizyczne i materialne. Dziewczyny za to tworzą wspaniały dom, atmosferę, miejsce, gdzie jest ciepło i rodzinnie.
Tekst ukazał się w miesięczniku „KnC” w listopadzie 2018 roku
Michał Bondyra